Miesiąc trwały zmagania zanim Dziecko dało się przekonać do zjedzenia kaszki. M. kiedyś już próbowała podsunąć Małej kaszkę bananową, ale Dziecko jedzenia tego odmówiło, więc M. sama zjadła kaszkę nie mogąc się pogodzić z faktem, że ktoś kaszki bananowej może nie lubić, a Dziecka już tym pokarmem nie męczyła. Sielanka jedzeniowa trwała do wizyty w ośrodku, kiedy to pediatra z wyrzutem postawiła M. pytanie "Dlaczego Pani dziecku nie daje kaszki?". M. poczuła się, jakby Dziecku czegoś niezmiernie ważnego nie dała i za punkt honoru postawiła sobie, że z kaszkowych zmagań wyjdzie zwycięsko. Ponownie postanowiła spróbować z kaszką bananową (no bo jak można tego nie lubić?). Kaszki bananowej podawanej łyżeczką Dziecko skutecznie odmówiło, a i z butelki też jeść kaszki nie chciało (co prawdopodobnie było związane z zupełnie innym, nowym smoczkiem). Spróbowała M. z kleikiem ryżowym, gdyż bezsmakowy, to przez małe gardełko z mlekiem przejść powinien - bez skutku. Pozostało zagęszczanie zupek łyżeczką kleiku ryżowego, bo takiego oszustwa Mała nie wykryła, a kaszkę bananową znowu M. jadła sama.
Aż pewnego dnia za dużo kleiku się do zupki sypnęło i Dziecko nosem kręcić zaczęło.. I tu olśnienie nastąpiło! Dziecku konsystencja nie pasuje i dlatego kaszką pluje! Tata-Mąż został do sklepu oddelegowany i zakup kaszki malinowej został dokonany.
M. poszła po rozum do głowy - odlała trochę przygotowanego mleka modyfikowanego do Dziecięcego kubeczka, sypnęła troszkę kaszki malinowej (oczywiście mniej niż w przepisie na opakowaniu), nakarmiła dziecko łyżeczką - zjadło, a potem butlę dostało. Z dnia nadzień proporcje kaszka w kubeczku - butla ulegały zmianie. I wreszcie nadszedł dzień, kiedy dziecko całą porcję kaszki zjadło.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz